OPOWIADANIA

Jeden poranek z życia kropiatki

Bewiki


Bewiki

               Z wielkim trudem i mozołem zmieniam ułożenie ciała w przyciasnej czatowni. To już trzecia godzina mojego cierpliwego oczekiwania na „lepsze” światło. Zerkam z nadzieją w kierunku zasępionego nieba, lecz ciemne chmury nie zapowiadają pogodowego przełomu. Słońce wytrwale chowa się za licznymi, szarymi obłokami naśmiewając się z wczorajszej, jakże optymistycznej prognozy pogody.
Rozmyślania o nieprzewidywalnej aurze po chwili przerywa mi podpływające stadko łabędzi niemych. W poszukiwaniu bujnego, podwodnego pastwiska zapędziły się niemal aż na próg mojego tymczasowego domostwa. Jest ich około dwudziestu. Otaczają mnie z trzech stron i nie zważając na sporych rozmiarów budowlę ochoczo zabierają się do żerowania. Wyciągając z wody kolejne porcje roślinnego pokarmu wydają dziesiątki przedziwnych odgłosów. Pufają i prychają, jakby chciały naśladować ruszający właśnie parowóz. W tej niezwykle zróżnicowanej śniadaniowej oprawie dźwiękowej z trudem wyłapuję inne ptasie głosy. Gdzieś z oddali dociera do mnie tylko klangor przelatujących żurawi, za wygraną nie dają także co rusz siadające na wodzie, krzykliwe mewy śmieszki. Gdy tak wsłuchuję się w dźwięki płynące z otoczenia, zdaję sobie nagle sprawę, że od dłuższego już czasu dochodzi do moich uszu nieznany mi, bardziej subtelny głos, przypominający godowe „pohukiwania” kumaków - ciche, nosowe, rytmicznie powtarzane „pug pug pug, pug pug pug”. Jednak koniec lutego to nie najlepsza pora na gody tych niewielkich płazów. Czym prędzej zaczynam więc dokładnie przeglądać teren skąd dochodzą te intrygujące głosy. I jakież jest moje wielkie zdziwienie i radość, gdy w niewielkim stadku łabędzi niemych widzę małego, choć dumnie stojącego na krótkich nóżkach łabędzia. Rozmiary ciała zbliżone do gęgawy oraz krótka i gruba szyja wraz z charakterystycznie ubarwionym, czarno-żółtym dziobem nie pozostawiają wątpliwości – tak to jest łabędź czarnodzioby, zwany także od łacińskiej nazwy bewikiem. 
Ptak rytmicznie kiwa głową w takt wydawanych przez siebie niskich w tonie głosów. Przez dłuższy czas przyglądam mu się i słucham z wielką przyjemnością tych niecodziennych popisów wokalnych. Następnie, przy pomocy obiektywu, przyglądam się najbliższym sąsiadom zacnego śpiewaka, gdyż opisywany łabędź znany jest z tego, że często wędruje w stadkach rodzinnych. No i potwierdza się opinia towarzyskiego ptaka! Wśród odpoczywających wokół niego łabędzi niemych drzemią sobie jeszcze trzy inne bewiki: jeden dorosły i dwa młode. Niewidoczne głowy wtulone pod skrzydła nieco utrudniają identyfikację, jednak wielkość ich ciała jest wystarczającym kryterium. 
Ptaki wnet rozbudziły się, a słońce, które wyjrzało wreszcie zza chmur, zachęciło je do długiej toalety. Po jej zakończeniu łabędzie czarnodziobe wypłynęły na otwartą wodę, a trzeba przyznać, że poruszały się z nie mniejszym dostojeństwem niż ich więksi kuzyni. Trzymały się razem, a nasze rodzime gatunki traktowały ich z taktowną obojętnością. 
Było to moje pierwsze spotkanie z tym najmniejszym z łabędzi. W naszym kraju jest on ptakiem tylko przelotnym, gnieżdżącym się nad jeziorami i rzekami północnoeuropejskiej i azjatyckiej tundry. Trasy jego wiosennych i jesiennych wędrówek niestety omijają południowe rejony naszego kraju i dlatego też jest on tu sporadycznym gościem. Przez kilkadziesiąt lat był bardzo rzadko spotykany na naszych ziemiach. Dopiero od pewnego czasu regularnie i stosunkowo licznie pojawia się w północnej i zachodniej Polsce, co związane jest ze zmianą zimowisk koncentrujących się obecnie w zachodniej Europie.
Systematyczne obserwacje ornitologów wskazują, że największa szansa na spotkanie z bewikiem istnieje między początkiem października i końcem kwietnia, choć dorosłe ptaki widywano także i letnią porą. Tak więc zawsze warto baczniej przyjrzeć się przebywającym w okolicy łabędziom, a nuż któryś z nich okaże się sympatycznym gościem z dalekiej i mroźnej tundry.                      

Tekst ukazał się w „Przyrodzie Polskiej” Nr 6/2001.                                                                                

                                                                                                            Marcin Karetta


Jeden poranek z życia kropiatki


        Wielu spośród ornitologów zalicza się do grupy tych, którzy nie widzieli, a mimo to uwierzyli w istnienie tytułowej bohaterki. Ptak ten należy do niewielkiego grona opierzonych stworzeń, które zdecydowanie łatwiej jest usłyszeć niż zobaczyć. Kropiatka bowiem, zdecydowanie preferuje „ukrywanie się” w gąszczu wodnobłotnej roślinności.
Z przymrużeniem oka, można więc stwierdzić, iż to właśnie skryty tryb życia stał się powodem pewnego niezdecydowania w nazewnictwie tego ptaka. W różnych latach określano go mianem kurki średniej, chruściela wodnika małego, czy też chruściela najmniejszego.
Nawet najłatwiejsza cecha rozpoznawcza, charakterystyczny głos terytorialnego samca, nie zawsze kojarzony był z tym gatunkiem. Jak pisze Taczanowski: „Głos jej stanowi krótkie, ostre i przerywane gwizdanie, długo powtarzane, co pospólstwo nasze żółwiowi przypisuje...”.
Przełom lipca i sierpnia. Ruszył pełną parą jesienny przelot wszelakiej maści ptactwa. Co szczególnie dobrze widoczne jest nad zbiornikami wodnymi.
Od wczesnego ranka słyszę jednostajne mlaskanie. To para cyraneczek w trakcie konsumowania śniadania. Ukryty w czatowni nad brzegiem niewielkiego, płytkiego stawu dokonuję przeglądu miejscowej awifauny. Dominują mewy śmieszki, czajki, sieweczki rzeczne. Aż tu nagle w polu widzenia pojawia się niespodziewanie obiekt westchnień wielu ptakolubów - kureczka nakrapiana.
Ptak żeruje na granicy trzcin i lustra wody w odległości zaledwie trzech kroków od miejsca mojego ukrycia. Nie zapuszcza się na otwartą, głębszą wodę. Żerując błądzi między łodygami trzcin, rzadko dając okazję na wykonanie poprawnego zdjęcia. Wielokrotnie przemierza swój odcinek trzcinowiska. Pilnie go strzeże.
W pewnym momencie skutecznie przegania przedstawiciela swojego gatunku, który nieopacznie wtargnął na jej terytorium. Zadowolona z siebie, patrzy dumnie w górę na zwinną, nikomu nie wadzącą rokitniczkę. Jakby znudzona tym widokiem spogląda jeszcze tu i tam. Wreszcie przeciąga się zamaszyście, prostując nogę i skrzydło. Nagle ten sielankowy nastrój przerywa młody wodnik. Z sobie tylko znanego powodu, pędzi on niczym strzała skrajem trzcinowiska, po czym znika w gęstwinie. Kropiatka nie zdążyła nawet zareagować na widok intruza. Zaniepokojona rozgląda się tylko wokoło. Chwilę później, nie widząc zagrożenia, oddaje się bez reszty przyjemności polowania na liczne, drobne bezkręgowce. W przerwie przeczesuje, a następnie stroszy pióra, przez co chwilowo znacznie zwiększa swoje rozmiary.
Wtem, na drugim końcu obserwowanego przeze mnie terenu, pojawia się kolejny wodnik. Tym razem jest to dorosły osobnik. Stawia ostrożnie zielonkawe nogi, czujnie wpatrując się w obiektyw mojego aparatu. Wodnik zaopatrzony w potężny dziób w ogóle nie zwraca uwagi na kureczkę. Nie obawia się jej ataku. Ona zaś, wyraźnie podbudowana wcześniejszym przepędzeniem swojego pobratymca, rusza z impetem w kierunku przybysza. Zaskoczony wodnik wpada w panikę i salwuje się ucieczką. Szybko jednak rozpoznaje agresorkę  i przechodzi do udanego kontrataku, którego efektem było późniejsze zgodne żerowanie obu gatunków ptaków tuż obok siebie. Taki obrót sprawy świadczy o tym, iż termin „kompromis” jest właściwy nie tylko dla  stosunków międzyludzkich.
Wypada jeszcze wspomnieć o czujnych spojrzeniach kureczki rzucanych regularnie w stronę nieproszonego gościa. Najwyraźniej nie do końca pogodziła się ona z utratą wyłączności na swój kawałek trzcinowiska.

Tekst ukazał się w "Parkach Narodowych" Nr 3/1999

                                                                                                                              Marcin Karetta


 DO GÓRY